Zbierałem skrzydła, jedno po drugim, zanim zdążyły odlecieć przez uchylone okno — każde małe, kruche, warte ochrony przed światem, który czeka tylko na moment nieuwagi.
W drugiej klatce obok nich czaiło się coś cichszego, cierpliwszego — nici utkane z lęku, że to, co delikatne, umknie razem z tym, co trzeba było spętać.
Poszedłem do domu z przeszłości, tam gdzie przestrzeń pachniała dostatkiem, niosąc w rękach szklane odłamki, prosząc o pomoc w zbudowaniu schronienia dla czegoś, co przywarło do mnie bliżej niż powinno.
A kiedy to coś zdradziło mnie w najmniej odpowiednim momencie, zostawiając ślad, którego nie dało się ukryć — świat wokół mnie tylko się uśmiechnął, spokojnie, bez osądu, jakby wiedział coś, czego ja jeszcze nie rozumiałem: że to, czego się wstydzimy najbardziej, rzadko robi na innych aż takie wrażenie, jak nam się wydaje.