- Wyszedłem z domu - zaczęło padać, więc musiałem zatrzymać się i wyjąć kurtkę z plecaka.
- Przez to widziałem, jak w zasięgu wzroku odjeżdża mi tramwaj.
- "Nic to, pójdę na autobus", pomyślałem, idąc jakieś 1,5 km na autobus.
- Dochodzę i widzę, że autobus stoi na skrzyżowaniu. Jestem dość daleko, ale stwierdzam, że gdy pobiegnę sprintem, to zdążę.
- Zamieniam się w Usaina Bolta, lecę, pędzę. Widzę, że jest szansa zdążyć.
- Słyszę uderzenie o bruk za sobą. Już wiem, że komórka mi wypadła z kieszeni.
- Wracam, podnoszę.
- Oczywiście, autobus odjechał.
- Wkurzony idę dalej, przechodzę przejściem podziemnym koło dworca. Z dołu widzę, że na tablicy świetlnej miga jakiś tramwaj, który zaraz przyjedzie.
- Mówię do siebie, że przez te cholerne remonty to żaden tramwaj tędy nie przyjedzie, więc nie mam po co lecieć na przystanek.
- Gdy wychodziłem z przejścia podziemnego, to uświadomiłem sobie, że jest jedna linia, która tutaj jedzie i by mnie zawiozła do pracy. I to chyba był ten tramwaj.
- Cały spocony przyszedłem do pracy, w konsekwencji całe 4 kilometry pieszo.
(i jeszcze mnie biodro boli od rana)