Posts
Łódź. Historia transatlantycka
Komentarz: w tekście jest tylko jedno srogie nagięcie. Izrael Poznański nie zbudował żadnego bogactwa na bawełnie kupionej przez Scheiblera ze Stanów przed 1864, bo ta w 1890 roku dawno mu się skończyła: tych fabrykantów dzieliło niemal pokolenie, a w czasach Poznańskiego prawie połowa łódzkiej bawełny pochodziła już z Rosji (co słusznie autorka zauważa).
Gdy władze Królestwa Polskiego decydują o przeznaczeniu miasteczka Łódź na osadę przemysłową i o wsparciu dla włókiennictwa, prymat, jak wszędzie, obejmuje właśnie bawełna. Z Saksonii, Śląska, Czech zjeżdżają całe rodziny tkaczy, pojawiają się przedsiębiorcy. Miasto rośnie dzięki mozołowi pokoleń łódzkich włókniarek i włókniarzy różnych narodowości. Za tym mozołem stoi jednak jeszcze inny mozół – praca pokoleń czarnych kobiet i mężczyzn w Ameryce.
(…)
Zanim powstaje fabryka, to właśnie plantacja jest jej pierwszą prefiguracją. Opiera się na monokulturach i standaryzacji życia roślinnego i ludzkiego. Przez segregację, przymus, stały nadzór i system kar przekształca ludzi w siłę roboczą, wyniszczając przy tym lokalną bioróżnorodność.
(…)
Po pierwsze więc – to prawda, byliśmy istotnym ogniwem globalnej rewolucji przemysłowej. Czas chyba, żeby polska wyobraźnia zobaczyła Łódź i jej przemysł na mapie świata jako ważny punkt dawnych międzykontynentalnych powiązań. Bo czy bez globalnego spojrzenia możemy coś zrozumieć z systemów, w jakich przyszło nam żyć dzisiaj? Czy możemy przygotowywać przyszłość?
Po drugie – owszem, wraz z wpisaniem w łańcuchy zależności może pojawić się pytanie o odpowiedzialność.
Mowa tu nie tyle o poczuciu „odpowiedzialności za”, ile o „odpowiedzialności wobec”. To ona stanowi podstawę międzyludzkiej solidarności. I to ona wzywa, żeby przywracać pamięć o tych, bez których pracy błyskawiczny rozwój Łodzi byłby niemożliwy.
Czy chcemy jeszcze żyć w Ameryce?
cross-postowane z: szmer.info/post/12356963
Władza kapitału jest o tyle sprzymierzeńcem różnorodności kulturowej, że zawartość produktu interesuje ją o wiele mniej niż fakt, że produkt może być wytwarzany, dystrybuowany i konsumowany globalnie. Takie imperium chce ekspansji, ale żeby to robić, wcale nie musi sprawować absolutnej kontroli nad treścią – w końcu na krytykę i bunt też istnieje popyt. Dlatego za zwyczajną i oczekiwaną uchodzi sytuacja, że meksykański reżyser robi za amerykańskie pieniądze antyamerykański film, trudno natomiast wyobrazić sobie zagranicznego filmowca rozliczającego chiński imperializm za pieniądze ChRL.
(…)
Zarazem całe to nieustanne babranie się w ogólnikach i starciach wielkich narracji odsłania inny problem – że z trudem przychodzi nam wyobrażanie sobie świata bez dominacji jakichś wszechmocnych kulturowych uniwersalizmów.
(…)
I możliwe, że w tym tkwi sedno kłopotów z wyobrażaniem sobie kultury bez Ameryki – że nie tyle nie potrafimy tego zrobić, ile nie musimy i nie chcemy wyobrażać sobie świata pozbawionego amerykańskich snów.