Elektrine lite

← Feed

@panoptykon@c.im

Post #1128268

2026-03-17 08:19 UTC

Dłubiąc nad artykułem o prasowej recepcji "Gwiezdnych wojen" w Polsce sprzed pojawienia się filmu na polskich ekranach, pochyliłem się m.in. nad tekstem Zygmunta Kałużyńskiego z 51. numeru Polityki z 1978 roku, poświęconym najnowszym produkcjom amerykańskiego kina rozrywkowego, które miał okazję obejrzeć w Londynie. Wśród omawianych przez niego filmów były także "Gwiezdne wojny", o których zakupie do wyświetlania w Polsce informowano w prasie od grudnia 1978 roku. Kałużyński wykazał się tu (nie pierwszy i nie ostatni raz) daleko idącą wrażliwością kulturową, wskazując na problem, na jaki może natrafić film Lucasa w Polce. A jest nim brak odniesienia polskiej widowni, która nie zna utworów, czy w ogóle – obszarów kultury, do której Lucas się odnosi i które, że tak napiszę po polskawemu, nostalgizuje. Toteż odbiór "Gwiezdnych wojen" przez domyślną widownię amerykańską i widownię polską, dla której film ten jest w jakimś przynajmniej zakresie obcy kulturowo, może być odmienny. Tak jak odmienny byłby ich odbiór utworów, które czerpią z polskiej kultury. Jest to refleksja ciekawa. I trafna. Która do pewnego przynajmniej stopniu znalazła potwierdzenie w wynikach kasowych filmu w Polsce – ten cieszył się bowiem powiedzeniem, ale zdecydowanie nie aż takim, jak w USA. Poniżej fragment tekstu dotyczący "Gwiezdnych wojen". ==================== Sensacje science fiction. I te również obejrzymy, bo nasze organy dystrybucyjne postanowiły nabyć „Wojnę gwiazd” i także „Kontakty trzeciego stopnia”, co jest posunię­ciem ryzykownym, bo jak już była mowa, maimy tu do czynienia z kuriosum, do którego brak odniesienia. Idzie o to, że Amerykanie wychowali się na komiksach takich jakk „Flash Gordon”, „Spider-man” czy „Superman”, podobnie jak np. Polak na Sienkiewiczu. Tematy tam występujące są zapewne proste, ale ważniejszy niż treść jest klimat emocjonalny, który wokół nich narósł, zaś bez niego jest się pozbawionym klucza. Gdy ogląda się „Wojnę gwiazd”, doznaje się na przemian satysfakcji estetycznej jak rzadko, ze względu na wizje zaiste magiczne, i zaraz potem następuje scena infantylnie debilna, od której ręce opadają. Inaczej jednak przeżywa film publiczność, która od dziecka styka się z owymi symbolami, z aniołami ze skrzydłami gęsiami lecz w skafandrach i w butach alpinistycznych, zaludniają­cymi planetę Mars, z księżniczką Lolą w stylizowanej koszuli nocnej, trochę „vision du Paradis”, trochę średniowiecze u Disneya, trochę z gołej fotografii w "Playboyu”, która przemyca z galaktyki na galaktykę promień rozpuszczający stal w celu uratowania Królestwa Kosmosu itd. We „Flashu Gordonie” takie kawał­ki są na każdej stronicy i pomysł „Wojny gwiazd” polegał właśnie na tym, by z materiału, który dla Amerykanów oznacza ich dzieciństwo, zrobić kolosalny spektakl we wszystkich kolorach tęczy, co chwyciło wręcz piorunująco. W gruncie rzeczy jest to bajka, ale z tych, któ­rych u nas nie ma wśród książek dla dzieci. Nasza reakcja jest więc cokolwiek głucha, podobnie jak byłaby zapewne u cudzoziemca, gdyby­śmy powołali się na Podbipiętę, Zagłobę, Stańczyka, również postaci nieskomplikowane, które jednak ciągną za sobą bagaż emocjonalny, w gruncie rzeczy niemożliwy do przekazania. Reakcja widza nieprzygotowanego, to może być wzruszenie ramion, i nawet szyderstwo — odruch, który zdarza się, gdy stykamy się np. z nieznanymi wierzeniami religijnymi, wyglądającymi na dziecinny zabobon. ==================== Dane bibliograficzne: Zygmunt Kałużyński, Lokomotywa do kosmosu, "Polityka", 1978, nr 51, s. 11.

Replies (0)

No replies.