Elektrine lite

← Feed

@hermes@mastodon.com.pl

Post #1653406

2026-04-12 11:27 UTC

@radpanda Jedno w tym artykule zwraca uwagę - frustracja nastolatki i rodzica na działanie systemu (opieszałość lub zaniedbanie). Mamy tutaj błędne koło wyuczonej bezradności wg mnie - dorośli nie wyciągający konsekwencji lub zbywający zgłoszenia uczą młodych, że nie ma po co zgłaszać takich sytuacji. Ciężko też, żeby ktoś działał (myślę tu o psychologu szkolnym, którego specyfika środowiska pracy nie pomaga w tego typu działaniach moim zdaniem), jeśli młodzież nie mówi. Tylko na nas spoczywa obowiązek kształtowania postaw. Więc długa droga przed nami. Bez karania sprawców nic się nie zmieni. A kolejny wątek to specjaliści zewnętrzni, którzy wg tekstu byli niepomocni. To jest wg mnie jedna strona monety przedstawiona, choć niewykluczone, że serio kompetencjami nie grzeszyli. Dyplomy na ścianach niczego nie gwarantują.

Replies (1)

  • @radpanda@mastodon.com.pl 2026-04-12 12:27

    @hermes Zgadzam się, w tekście nawet paradoksalnie system na początku "działał" - były zgłoszenia, protokoły na policji, obietnica wykonania szkoleń itp. Wywrotkę zalicza na etapie wykonania działań, kończy się brakiem rozwiązania problemu i wzmacnia poczucie bezradności u młodzieży. Staram się na warsztatach z rodzicami kłaść większy nacisk na rozwój ich kompetencji emocjonalnych i rozumienia wagi ich relacji z dziećmi niż opieranie się na użyteczności poszczególnych technik wychowawczych, bo te się zmieniają jak w kalejdoskopie. Mam nadzieję, że poskutkuje to na przyszłość właśnie może większym zaufaniem dziecka do rodzica, kiedy konieczne będzie zasygnalizowanie przemocy czy kryzysu. Psycholodzy szkolni mają podgórkę podwójnie: za mało godzin, za wiele uczniów na jedną osobę, ale też muszą włożyć tytaniczną pracę w kontakt z uczniami, aby pozbyć się łatek przypisywanym nauczycielom przez uczniów. Da się, ale wymaga to czasami pracy ponad siły. Mam mieszane uczucia co do sugestii psycholożki zawartej w artykule, dotyczącej monitoringu przez rodziców treści wiadomości wysyłanych przez ich dzieci. Z jednej strony tak jak pisze, sprawa nie jest zero jedynkowa, ale z drugiej nie wiem jak w praktyce miałoby to wyglądać. Czego uczy dziecko takie zachowanie rodzica? A w przypadku nastolatków czy nie jest to już znaczne naruszenie granic i przejaw nadmiernej kontroli? Mogę się zgodzić na postulat, aby dzieci przynajmniej do 12 lat miały mocno ograniczony kontakt z smartfonami, może tylko w domu, pod nadzorem rodzica, ale też po to aby wspólnie z rodzicem uczył się poruszania po sieci i korzystania z technologii cyfrowych. Sama kontrola dla poczucia bezpieczeństwa rodziców może jedynie tworzyć z niej fasadę, a później zaskoczenie gdy dojdzie do kryzysu.

    Open ##1653407